Smutek spełnionych baśni

Autora tej książki znałem wcześniej z publikacji psychologicznych, tutaj zrazu nie skojarzyłem, zachęcił mnie nawiązujący do Levi-Straussa tytuł. Potem nastąpiło kolejne zaskoczenie: sążnista przedmowa Stanisława Lema, tekst sam w sobie ciekawy i chyba nigdzie indziej nie publikowany. Proza Józefa Kozieleckiego też dobra, coś między Lemem a Borgesem. Niżej fragment opowiadania Na obraz i podobieństwo swoje, opowiastki traktującej o próbie stworzenia sztucznej inteligencji i konsekwencjach z tego wynikłych - ujęcie całkiem oryginalne, swoisty dla tych opowiadań element zaskoczenia, subtelna ironia. I takie są te opowiadania, w formie jakby niedokończone, niepełne, z puentą ledwo zarysowaną, czasem zupełnie niewyczuwalną; dotykają rozmaitych zagrożeń idących ze współczesną cywilizacją, ale tak od niechcenia, z dystansu...
Józef Kozielecki: Smutek spełnionych baśni
(...) Cybernetycy marzyli o zbudowaniu maszyny „na obraz i podobieństwo swoje”; chcieli, aby całkowicie symulowała ona zachowanie człowieka, aby posiadała świadomość, intuicję i emocje, aby nieobce jej były lęk i nadzieja, rozpacz i cierpienie, aby umiała popełniać błędy i grzechy. Jednak wszelkie próby stworzenia „maszyny-człowieka” nie przynosiły wyników. Powstawały prymitywne roboty, które nawet nie osiągały ilorazu inteligencji antropoidów. Nie odróżniały one świata wewnętrznego i zewnętrznego, snu i jawy; nie posiadały nieświadomości, były całkowicie pozbawione emocji i skrupułów moralnych; rozmawiały dziwacznie jak wyuczona papuga.

(...) Po niechlubnym zakończeniu Biblijnego Projektu zauważono pewne nienaturalne zachowanie cybernetyków. Stopniowo upodobniali się do maszyn i automatów. Można by powiedzieć – posługując się hermetycznym językiem naukowym – że maszyna sprytnie modelowała swoje reakcje, czyli kształtowała własnego sobowtóra. Robiła to, czego nie umieli wykonać pracownicy Centrum. Cybernetycy z Bosfordu stracili zdolność spontanicznego i twórczego działania, ich ruchy przypominały poruszanie się figur na pozytywce. Patrzyli na świat swoim nieczułym mechanicznym wzrokiem. Psychologowie wykryli, że w czasie trwania Biblijnego Projektu zaszły nieodwracalne zmiany w osobowości cybernetyków. Maszyny zmiażdżyły ich siłę woli i charakter, wymazały nieświadomość, stłumiły emocje, smutek i radość. Ludzie z krwi i kości przeobrażali się w „człowieka-maszynę”. Jeden z psychologów powiedział, że cybernetycy stali się „jednostkami bez właściwości oraz bez własnego «ja»”, i chyba miał rację. Wprawdzie „człowiek-maszyna” umiał wykonywać setki operacji na sekundę, wprawdzie bardziej chłodno i trzeźwo patrzał na świat, ale jednak te skromne zyski nie wyrównywały znacznych strat, jakie ponieśli bosfordzcy cybernetycy. Pozbawieni ludzkich wymiarów, byli skazani na zagładę. Słowem, Biblijny Projekt miażdżył swoich autorów, którzy – jako twory maszynopodobne – nie zdawali już sobie z tego sprawy.

(...) Kiedyś rozmawiałem z pewnym behawiorystą, który próbował mi wyjaśnić całą sprawę.
– Aby zrozumieć świat, trzeba na niego spojrzeć z drugiej strony, z innego punktu widzenia – perorował.
– Zobacz – kontynuował – na boisku studenci kopią piłkę. Ruch nogi wywołuje ruch piłki. To jest widoczne. Ale mało ludzi dostrzega fakt, że również piłka zmienia studentów, ich postawy, emocje, reakcje.
– Nie wiem, do czego zmierzasz – powiedziałem.
Kontynuował nie zwracając uwagi na moje wątpliwości.
Podobna sytuacja występowała w Centrum. Ludzie tworzyli maszyny, a maszyny kształtowały ich osobowość. Było to oddziaływanie dwukierunkowe – to ostatnie słowo szczególnie podkreślił.
– Mówisz poważnie? – wątpiłem.
– Masz obiekcje? – odparł trochę zaskoczony. – Przecież wszyscy jesteśmy uformowani przez okoliczności, które uprzednio stworzyliśmy.
– Biblijny Projekt był więc grą „kto kogo przeciągnie na swoją stronę”?
– W końcu powiedziałeś trafnie – odrzekł.
– Dlaczego jednak w grze tej zwyciężyły maszyny?
– To jasne.
– Przepraszam. Nie dla mnie – przyznałem.
– Działało wiele przyczyn. Przede wszystkim miały one prostsze zadanie. Dużo łatwiej jest uprościć złożoność niż skomplikować prostotę.
– Mówisz enigmatycznie – zaznaczyłem.
– Duża łatwiej jest nauczyć uczonego, żeby myślał jak szympans, niż nauczyć szympansa, aby zajął się fizyką teoretyczną. To pierwsze zadanie wykonywały maszyny. Człowiek był w trudniejszej sytuacji.
Józef Kozielecki: Smutek spełnionych baśni. Wydawnictwo Literackie 1985

Komentarze

  1. O, proszę, piszesz? Znowu czy jeszcze?
    Nie wiem bo blog bezdatowy i ponadczasowy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ba... chyba i znowu, i jeszcze - bo zupełnie nigdy nie przestałem, ale przerwy bywały spore. Teraz trochę częściej, ta notka sprzed dwóch tygodni. Chociaż ostatnio tyleż piszę, co przepisuję, cytatów sporo :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Mnie kiedyś dziwiło, jak słuchałem o systemie sczytującym fale mózgowe, by umożliwić komunikacje osobom niepełnosprawnym, które utraciły prawie wszystko poza wzrokiem i świadomością. I tam też było tak, że buduje się maszynę, by wytrenować człowieka w reagowaniu. Bo to prostsze i oczywistsze w gruncie rzeczy. Bo to człowiek jest plastyczny, ale Kozielecki w ubiegłym wieku jeszcze nie eksperymentował z AI...

    OdpowiedzUsuń
  4. No, ale to jednak co innego - tutaj umiejętności człowieka zostają rozwinięte. Inna sprawa, że taka treningowa maszyna to tylko narzędzie, w pełni kontrolowane przez swoich twórców - sprawnych ludzi; u Kozieleckiego jest inaczej.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz