Sztuka...

O przyczynach sztuki, o ile nam wiadomo, nawet najstarsi ludzie nic nie wiedzą. Na początku mogło być tak, że nasz wspólny przodek, któryś pierwszy z brzegu, upolowawszy sobie zebrę, pomyślał "ale sztuka" i przyrządziwszy ją sobie z pieprzem i majerankiem opałaszował, ile mógł, resztę zaś zostawił rodzinie, krewnym i znajomym, tudzież znajomym znajomych, jako że lodówki wonczas nie używano. Zaś potem przyszła susza, zebry uciekły, żyrafy były za wysokie i nasz myśliwy, siedząc w jaskini i słuchając, jak mu w brzuchu burczy, przypomniał sobie tamtą sztukę, a że nie miał nic lepszego do roboty, bo lwy otoczyły jaskinię, a rodzina dawno pomarła, jakimś patykiem jął skrobać na wilgotnej ścianie coś w kształcie tej zebry, ażeby chociaż widokiem się nasycić; i znowu westchnął sobie "ale sztuka", i tym sposobem głód stał się przyczyną myślenia symbolicznego, i tak sztuką stała się sztuka mięsa, a mianowicie z głodu powstała i w głód się obraca, stąd też i określenia "głód sztuki" tudzież "sztuka kulinarna".

Potem było już z górki, jako że zaraz pojawiła się sztuka dla sztuki, czyli handel wymienny, jajko za szkiełko, czy może wtedy jeszcze za ładny kamyk, i już tylko patrzeć, jak człowiek wymyślił pieniądz i nastała doba prapostmodernizmu; a potem poszło samo z siebie, więc zaraz wyskoczyła sztuka kombinowana, sztuka wyzwolona, sztuka nawalona oraz, last but not least, sztukamięs w auszpiku - tak to się ludziom w głowach od dobrobytu poprzewracało; lecz takie widać było przeznaczenie, prze-znaczenie, czyli aż prze od znaczenia. Aczkolwiek objawił się i inny pogląd (będący poniekąd w opozycji z tym prze-znaczeniowym), któremu i my sekundujemy i z którego wywiedliśmy historię obecną w pierwszym akapicie - ten mianowicie, iż mamy sztukę, ażeby nie pomrzeć od prawdy. Tak przynajmniej było ongiś, bo dzisiaj mamy od tego telewizyjne wiadomości tudzież inne środki masowego przekazu. Ale o sztuce miało być.

Więc dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze, w sztuce oczywiście, czyli, inaczej rzecz ujmując, dokąd ta nasza pocieszycielka zmierza i z czego to jej się porobiło? Idzie nam o jej wyrażanie się, czyli o wyraz, czyli o aktualną modę jak gotyk czy cośtam. To wyrażanie się determinują dwa czynniki, co najmniej, wewnętrzny i zewnętrzny, które się wzajemnie punktują. Więc najpierw - dążenie do nowości i oryginalności, będące pochodnymi dążenia do doskonałości tam, gdzie doskonałość jest nieosiągalna. I to, jedno i drugie, mierzy się z drugą determinantą, możliwościami technicznymi wyrażania się, tak sensu stricto, jak piła mechaniczna, jak i w sensie przenośnym, społecznym i socjologicznym, dajmy na to, pojękiwaniem zapisanym w partyturze. Krótko mówiąc, gdyby Bach miał pod ręką fale Martenota, to jego Msza inaczej by się kończyła.

Aczkolwiek, gwoli sprawiedliwości należy zaznaczyć, że wzmiankowany Bach miał pewno w obejściu piłę i garnki, a mimo to sonaty na piłę i garnki nie skomponował, chyba że się nie zachowała. W każdym razie, gdyby takową kompozycję udało się odnaleźć, powstałby nowy problem w dziedzinie tak zwanego wykonawstwa poinformowanego. Ale chyba za bardzo zagłębiamy się w szczegóły. Owoż niektórzy twierdzą, że wcześniej czy później sztuka będzie się musiała nawrócić, to znaczy, będzie musiała zawrócić, bo jak już dojdzie do wystawiania rozkładających się ciał, a na wyposażenie filharmonii wejdą krajzegi, którymi będzie straszyć się solistów, by głośniej jęczeli, to już i dalej nie będzie dokąd pójść i konieczny będzie restart. Czego wcale nie jesteśmy pewni, i nie tylko dlatego, iż niedawno stwierdziliśmy, że jęki jękom nierówne. Rzecz jasna, nie ma to jak zdrowa fuga - choć wieloznaczność tego terminu może budzić pewne niepokoje co do dalszego biegu rzeczy - ale już rozlazły romantyzm napawa nas większą niechęcią niż niejedna sprawnie wykonana preparacja. To jednak nie to samo co majty w grochy czy puszki po piwie rzucone jak bądź.

Lecz skąd one, te majty w grochy jako sztuka? Ano to, nim dojdziemy, dokąd ta nasza sztuka zmierza, panie ministrze sprawiedliwości, najpierw może, skąd to i od kiedy w tę stronę. Pewno już wtedy, gdy przestała być służką, w renesansie albo jeszcze wcześniej, kiedy zaczęła być samą dla siebie, strząsnąwszy tamte absoluty, zawołała "otom ja, absolut", czyli piękno, czyli hipostaza; wtedy postawił się ten jej pierwszy krok do dalszości, krok w rozkroku szerokim dość, bo pierwociny wyrosły już u starożytnych.

I sztuka tak wyzwolona i oderwana jęła szukać tego swojego absolutu, z małymi wszakże przerwami, jako że po drodze nieraz ją jakaś ideologia udupiała i brała znowu na służkę; lecz nawet jeśli zdarzało się, że sztuka na tych usługach tworzyła rzeczy gówno warte, to przecież nie gówno sui generis, jak to czasem bywa obecnie. Więc gdy wonczas ruszyła do tego absolutu, już własnego i immanentnego - którym jest, rzecz jasna, jakiś wyimaginowany atraktor, jako że w przyrodzie, jak i w nieprzyrodzie nic nie ginie, co na swój sposób jest równoważne z którąś tam zasadą termodynamiki, gdzie atraktor zwie się nieuporządkowaniem - więc wtedy już było po rybkach. To było przeznaczenie, prze-znaczenie, to parcie samo w sobie, wonczas jeszcze w powijakach, a dziecko z kąpielą zaczęło wyciekać wraz z tym, jak do udziału w sztuce doszły szerokie masy. Bo gdzie masy, tam i mass media, kręćcie się wrzeciona, piosenka skończona.

Toteż daremne owe nadzieje, albowiem do atraktora wszystko dąży i dążyć musi, czasem tylko coś się odentropi, jako lokalne zaburzenie paradygmatu; więc czekać tylko jak te rozkładające trupy sztuki sztuki trupów rozdrobni się na papkę, przebada na zawartość prionów, a potem z tej papki zrobi się kubki, które będziecie mogli dostać w radio za odpowiedź na pytanie, ile macie lat. Kubek z trupa, zupa z trupa; a i rozwój technologii też zrobi swoje, czekajcie no, niech jeno zderzacze hadronów potanieją, to się dopieroż sztuka zacznie, tylko pęcherzyki będą fruwać. I nie pomoże nawet się wnerwić i pierniknąć w ten atraktor czy też w tę determinację, która doń dąży, ażeby wytrącić z równowagi i skierować na inne tory, bo wtedy, tak tak, zjawi się zaraz jakiś artysta modernista z naukowym tytułem, nie w ciemię bity, i zastosuje lemat o zacienieniu, i będzie jak było, oby nie gorzej. Nadzieja jedyna to kokaina, ewentualnie teoria katastrof. I pomyśleć, że wszystko przez Bacha, kurde balans.

*

*

Brak komentarzy:


KOMENTARZE ARCHIWALNE »»

(wybierz plik o nazwie takiej, jak tytuł notki)



Prześlij komentarz