Winnetou (2)

Kolejna porcja niepublikowanych nigdy fragmentów Winnetou...

*

"Stary niedźwiedź mocno śpi, stary niedźwiedź mocno śpi..." - śpiewał korowód Indianek, kręcąc się dookoła pochrapującego Grizzli o imieniu Rory. Niedźwiedź tylko udawał, że śpi: podglądał jednym okiem i gdy nadarzyła się okazja, zrywał się nagle i gonił piszczące wniebogłosy panienki, a jak którą dopadł, to tarmosił.

Na ławce niedaleko siedziała Nszo-Czi. Poprawiała akurat włosy po tym, jak przechodząc przypadkiem koło bawiących się podlotków, została zaskoczona przez niedźwiedzia. Biedny miś tak dostał za to w mordę, że aż przysiadł na zadnich łapach, rozdziawiwszy gębę w sardonicznym uśmiechu. Bo z Nszo-Czi żartów nie było...

*
Na głównym placu kończyła się uroczystość pasowania na wojownika. Old Shatterhand z pióropuszem na głowie i z amuletem na szyi wywijał włócznią spoglądając od czasu do czasu w instrukcję. Włócznię i instrukcję dostał w prezencie od swojego promotora Inczu-Czuny. Ostatnim aktem wielkiego święta miał być występ czarownika, który właśnie pouczał swoich pomocników w kwestii ustawienia magicznych kamieni.

Pomocnicy szamana z fryzurami na sztorc (adeptów rekrutowano wyłącznie spośród członków Ligi Irokezów), skończyli przygotowania do uroczystości. Czarownik klepnął dłońmi w uda i podskoczył kilka razy dla rozgrzewki. Potem kazał pomocnikowi walić w tamburyn, a sam zaintonował: - Oioiolilili - i przeskoczył okrakiem przez Wielki Kamień. - Bęc!
- Hura, hura! - odpowiedział tłum.
- Banzai! - zawołał nekromanta. Podniósł długą rurę i popatrzył w dziurę. Zawołał donośnie:

Słuchajcie słuchajcie, a pięć złotych dajcie!

Jadą czterej jeźdźcy, oj jadą niebiezcy,
W niebiezkich koszulach, a jeden o kulach.
Jadą bohatyry, bedom wiekie cyry!


Słuchajta słuchajta, a pięć złotych dajta!

Jadą, już są blizko, bedzie zbiegowizko.
A na samym przedzie najładniejszy jedzie!
Szykujta się ludy, bedom wielkie cudy.


Jadą tu wspaniali... oj! I pojechali...

Ej, dokąd, kolego?! -

Odłożył rurę i popatrzył w dal.

To wszystko przez niego!

Zawołał, wskazując na Old Shatterhanda.

*

Tam, gdzie wąski bystry potok zwany przez miejscowych Małym wyrywa się ze skalnych okowów swojego dotychczasowego koryta i porzuciwszy rejon Wielkiego Wodospadu wpada do leniwej i powolnej Rio Pfe, u podnóża Wielkich Gór, na południowo-wschodnim ich skraju, zaczyna się wielka trawiasta równina. Ograniczona od północy prastarym lasem sięgającym Krainy Wiecznych Lodów, od południa szarą, skalistą pustynią, która biegnąc wzdłuż gór wyprzedza je potem i wbija się wąskim cyplem w bezkresny ocean - Wielka Preria, przecięta w pół korytem rzeki, ciągnie się hen ku wyżynie Tarapatum. Tam, na długości dziesiątek kilometrów między rzeką a Wielkim Lasem, biegnie pasmo głębokich jarów i wąwozów, usiane licznymi skałami o najróżniejszych kształtach - kraina zwana przez Indian Non Plus Minus. Jednym z tych wąwozów, porosłym po brzegach gęstymi krzakami jałowca i jabłecznika, a z rzadka liściastymi drzewami, od szmerolistnej osiki aż po dostojny szypułkowiec, brnęło z trudem pięciu jeźdźców: dwóch Indian, dwóch białych i jeden w zbroi.

Brak komentarzy:


KOMENTARZE ARCHIWALNE »»

(wybierz plik o nazwie takiej, jak tytuł notki)



Prześlij komentarz