Do poczytania...

Wpis sponsorowany przez Wydawnictwo Naukowo Popularne WNP

*

Jedzie Józek...

(Poniższe należy sobie "odtworzyć słuchowo", przyjmując, że śpiewają trzy, cztery gospodynie domowe, ale pojedynczo, każda bierze kolejny z rzędu wers. Wszystkim, którzy takiego odtworzenia dokonać nie potrafią, pozostaje uważna i dogłębna lektura...)

Zimnica

Na fundamentalne pytanie, czy zimnica to wystygła cieplica, nawet nie spróbuję tutaj odpowiedzieć. Jakie to ma zresztą znaczenie, gdy ziąb i wiatr na dworze i nie chce się nawet człowiekowi wysunąć nosa spod kołdry. I marzną łapki wszystkiemu, sikorkom, rudzikom, kosom, wiewiórkom, zającom, niedźwiedziom i, last but not least, kotom. A wszystko to wina jakichś Nieprzyjaznych Frontów Atmosferycznych, które, na wspak ocieplającemu się klimatowi i topniejącym lodowcom, dmuchają do nas paskudnym zimnem. Gorzej, że wcale nie musi to być okazjonalny wybryk, lecz symptom jakiejś dłuższej i stałej tendencji.

Nieśmiertelny

Najpierw padło na Robocopa. Jednak po namyśle uznałem za mało prawdopodobne, by w XVII w. istniała tak zaawansowana robotyka. Z samym szkieletem jakiś zdolny kowal może by i sobie dał radę, jednak reszta zdaje się wymagać materiałów znacznie bardziej zaawansowanych technologicznie aniżeli te, do których dostęp mieli ówcześni rzemieślnicy. Potrzebny byłby więc wynalazca-naukowiec, jakiś proto-Frankenstein, chociaż oczywiście przyjmując taką wersję wydarzeń natrafiamy na kolejne trudności.

Ale można też postać z obrazu Fransa Snydersa uznać za Supermana albo innego Nieśmiertelnego. Przebrał się taki za kucharkę dla niepoznaki, tropiąc łotra-alchemika lub też samemu uchodząc przed jakim potężnym przeciwnikiem.

Hokopoko Harakiri

Ostatnie pożegnanie było nadzwyczaj wzruszające. Z pobliskich i dalekich dzwonnic dzwony pogrzebowe biły nieustannie, gdy wokół posępnego szafotu przetaczał się złowróżbny warkot stu okrytych krepą bębnów, przerywany głębokim dudnieniem dział. Ogłuszające uderzenia gromów i oślepiający błysk błyskawic, które oświetlały przerażającą scenerię, świadczyły, że artyleria niebios użyczyła nadprzyrodzonego splendoru i tak już przeraźliwemu widowisku. Ulewny deszcz lał się z otwartych śluz gniewnego nieba na obnażone głowy zebranych tłumów, liczących według najskromniejszego rachunku około pięciuset tysięcy osób.