Kocie, nie idź...

Chodzi za mną ten wiersz Achmatowej już czas jakiś, skrada się, wyskakuje znienacka, straszy i z zakamarków pamięci przywołuje minione, a częściej niebyłe, lecz przeżyte w myślach obrazy.

*

Kocie, nie idź, tam wyszyta
Na poduszce sowa,
Kocie, nie mrucz, dziad cię schwyta,
Boże cię uchowaj.


Nianiu, gaśnie świeca, znowu
Świerszcz za piecem kwili...
Strasznie boję się tej sowy.
Po co ją wyszyli?


*

Ten pierwszy wers, myśl przełamana na pół i wytrącona z rytmu: trzeba wrócić do początku, od nowa, teraz ze świadomością, że to nie zabawa z kotem. A gdzieś w tle - a może: u celu, w końcu dnia idącego zawsze i nieuchronnie ku wieczorowi, ciemności, zasypianiu i... poduszce - tam niby wyrok czai się ów pierwotny i egzystencjalny lęk: odczyniany na poczekaniu, interpretowany i odzierany ze swej immanentnej przypadkowości przez kolejne zastępy nianiek: religie i filozofie. Lecz tutaj lęk ten zdążył jeszcze wybrzmieć w postaci nieskażonej sofistyką i samooszukiwaniem, tym pozornym sensem wypełniającym szczelnie i pieczołowicie wszelkie zakamarki między pytaniem a brakiem odpowiedzi.
Przekład: Leonard Podhorski-Okołów